Mama dzwoni do rekrutera. Rodzice przejmują kariery swoich dorosłych dzieci

Rekruterzy w Stanach Zjednoczonych odbierają telefony od matek, które pytają, dlaczego ich dorosłe dziecko nie dostało pracy. Rodzice wysyłają aplikacje za dwudziestolatków, siadają obok nich przy rozmowach na Zoomie i zgłaszają za nich nieobecność w pracy. „Wall Street Journal” opisał zjawisko, które w polskim sporcie znamy od dawna, tylko z innego miejsca: z trybun i z korytarza przed szatnią.
TLDR? ;-) W tym artykule przeczytasz o:
- Skali zjawiska: 20% przedstawicieli Pokolenia Z przyznaje, że rodzic towarzyszył im na rozmowie kwalifikacyjnej.
- Tym, dlaczego interwencje rodziców niemal zawsze szkodzą kandydatom.
- Tym, jak ten sam mechanizm działa w polskich klubach, akademiach i agencjach sportowych.
Zwolniony dwa razy w ciągu jednego dnia
Steven Clark, dyrektor operacyjny agencji zatrudnienia z Fairbanks na Alasce, musiał zwolnić 24-latka dwukrotnie. Najpierw w rozmowie z samym pracownikiem, który w pierwszym tygodniu pracy na budowie cztery razy spóźnił się albo w ogóle się nie pojawił.
Kilka godzin później zadzwoniła jego matka i prosiła o kolejną szansę dla syna. Clark odmówił, atmosfera zrobiła się nerwowa, a rozmowa skończyła się rozłączeniem. Tłumaczył kobiecie, że sprawa dotyczy pracodawcy i pracownika, a nie rodziny.
Co piąty kandydat z rodzicem w tle
Badanie serwisu Zety przeprowadzone wśród ponad tysiąca przedstawicieli Pokolenia Z pokazało, że 20% z nich miało rodzica obecnego na rozmowie kwalifikacyjnej. Jasmine Escalera, główny doradca kariery w Zety, zauważa, że to, co po pandemii zaczynało się od sporadycznej obecności rodzica przed budynkiem firmy, zamieniło się w regularne pilotowanie kariery.
Temat trafił nawet do programu czerwcowej konferencji organizacji SHRM, zrzeszającej specjalistów od zarządzania ludźmi. Gdy James Harrell zapytał salę liczącą 250 osób, kto miał do czynienia z rodzicem dzwoniącym w sprawie młodego pracownika, ręce podniosła ponad połowa uczestników.
Amber Little, szef działu kadr w sieci Nation’s Best Holdings, odbiera telefony w sprawach od negatywnej informacji zwrotnej po wybór ubezpieczenia. Zdarza się, że rodzice zgłaszają za dorosłe dzieci zwolnienie chorobowe. Zamiast im doradzać, robią to za nich. Rekruterzy mówią wprost: nadmierna aktywność rodzica to sygnał braku samodzielności i prawie nigdy nie kończy się sukcesem kandydata.
W sporcie znamy to z trybun
Dla polskiej branży sportowej to opis znajomy, tylko przesunięty o kilkanaście lat w życiorysie. Trenerzy akademii piłkarskich, klubów siatkarskich czy sekcji pływackich od lat odbierają telefony od rodziców pytających, dlaczego ich dziecko nie zagrało w pierwszym składzie albo nie pojechało na turniej.
Mechanizm jest ten sam. Dorosły, który zainwestował lata, obozy, dojazdy i sprzęt, czuje się współautorem kariery. Kiedy dziecko kończy przygodę z rywalizacją i zaczyna szukać pracy w sporcie, ten odruch nie znika. Zmienia się tylko numer, pod który dzwoni rodzic. Zamiast trenera odbiera koordynator wolontariatu przy zawodach albo dyrektor operacyjny klubu.
Branża sportowa jest na to szczególnie narażona. Sporo w niej staży i stanowisk startowych, a rekrutacja często opiera się na poleceniach. W małym środowisku informacja o tym, że w sprawie kandydata dzwoniła mama, rozchodzi się szybciej niż jego aplikacja na kolejne oferty pracy.
Zetki nie chcą takiej pomocy
Najostrzej wypowiadają się o tym sami zainteresowani. Paul Branson, 22-latek, który w maju skończył studia na University of Missouri, rozumie rodzicielski niepokój, ale uważa, że rodzice nie powinni dołączać do rozmów kwalifikacyjnych ani kontaktować się z pracodawcami w imieniu dzieci.
Ten trend zaszkodził mojemu pokoleniu. Utrwalił stereotyp, że trzeba nas prowadzić za rękę – mówi Paul Branson w rozmowie z „Wall Street Journal”.
Czasem wystarczy zwykła organizacja. Harrell, prowadząc program praktyk dla uczniów szkół średnich w San Antonio, wprowadził osobny dzień podpisania umów, na który rodzice mogli przyjść i zadać wszystkie pytania. Dostali swoją przestrzeń, a proces rekrutacji przestał być polem do interwencji.
Komentarz redakcji
W sporcie granica między wsparciem a wyręczaniem zaciera się wcześniej niż gdziekolwiek indziej, bo rodzic bywa kierowcą, sponsorem i psychologiem swojego dziecka na długo przed pierwszym CV. Rynek pracy działa jednak według innych zasad niż trybuny. Kandydat, który sam pyta o zakres obowiązków i warunki stażu, buduje przewagę, jakiej żaden telefon od mamy nie kupi. Kluby i agencje, które przez lata przyzwyczaiły rodziców do roli negocjatora w sprawie minut na boisku, powinny dziś jasno komunikować, kto z kim rozmawia w rekrutacji. Polska branża sportowa dopiero profesjonalizuje procesy kadrowe i to dobry moment, żeby wpisać w nie takie zasady od razu.
Źródło: The Wall Street Journal
Zdjęcie: Vitaly Gariev / Unsplash
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował. Podziel się swoją opinią.



