Michał Pacuda (PROBASKET): 25 lat, 1,2 miliona odsłon i ani jednej rolki

PROBASKET kończy w tym roku 25 lat, a jego twórca wciąż stawia na to, co wielu uznaje za przeżytek: długie, rzetelne teksty czytane po kilkanaście minut. Michał Pacuda, redaktor naczelny portalu, komentator meczów NBA w TVP Sport oraz odpowiedzialny za marketing i PR Jeremiego Sochana w Polsce, zbudował serwis notujący 1,2 miliona odsłon miesięcznie, z czego aż 88% ruchu pochodzi z Polski. W rozmowie tłumaczy, dlaczego świadomie zrezygnował z aplikacji mobilnej, skąd bierze się lojalność czytelników po czterdziestce, czemu nie wierzy, że sztuczna inteligencja zastąpi dziennikarza z krwi i kości, a na koniec wyjaśnia fenomen mistrzostwa New York Knicks i rolę pierwszego polskiego mistrza NBA.
TLDR? ;-) W tym artykule przeczytasz o:
- Tym, dlaczego PROBASKET notuje 1,2 miliona odsłon miesięcznie i wciąż stawia na formę pisaną zamiast aplikacji oraz krótkich formatów wideo.
- Tym, kto naprawdę czyta portale o NBA w Polsce, czyli o czterdziestolatkach wychowanych na koszykówce z lat 90.
- Tym, skąd wzięła się furora wokół mistrzostwa New York Knicks i jak tytuł zmienia marketingową wartość Jeremiego Sochana.
Forma pisana wciąż się broni
PROBASKET skończył w tym roku 25 lat. Kiedy zakładałeś portal, NBA wyglądała zupełnie inaczej, internet w Polsce wyglądał zupełnie inaczej. Co z tamtej pierwszej wersji serwisu przetrwało do dziś?
Przede wszystkim PROBASKET to strona z artykułami i newsami o NBA. To się nie zmieniło. Forma pisana, wbrew opinii wielu osób, wciąż ma się bardzo dobrze i zawsze będzie się miała dobrze. Może ewoluować jedynie sposób jej przekazywania.
Proszę zwrócić uwagę, że w internecie próbę czasu przetrwały jak na razie tylko dwa formaty. Pierwszy to strona WWW, a drugi to e-mail. Portale społecznościowe przychodzą i odchodzą, nie każdy ma wszędzie konto. Bardzo trudno jest też stworzyć dobrą aplikację, a jeszcze trudniej ją zmonetyzować.
Myślę, że nasi Czytelnicy wciąż widzą i doceniają naszą pasję, zaangażowanie i wiarygodność. Dla mnie rzetelność oraz szacunek wobec sportowców i czytelników zawsze były najważniejsze, i to się nie zmieniło od dnia powstania portalu.
Dlaczego PROBASKET nie ma aplikacji
Powiedziałeś, że trudno stworzyć aplikację. To dlatego PROBASKET nie doczekał się wersji mobilnej?
Powodów jest kilka. Stworzenie aplikacji jest drogie, a potem trzeba płacić za jej utrzymanie, czyli aktualizacje, poprawki i tak dalej. Już teraz koszt serwera, który obsługuje obecny ruch, jest dość spory. Pamiętajmy, że PROBASKET ma około 50 tysięcy odsłon dziennie.
Według statystyk Google w czasie rzeczywistym, czyli w ciągu ostatnich 30 minut, mamy przeważnie około 1000 osób, a przy dużych wydarzeniach takich jak transfery ta liczba wzrasta kilkukrotnie. Aplikacja jest fajna do chwalenia się nią, ale ja staram się być pragmatyczny do bólu. Z obserwacji wiem, że na stałe każdy korzysta z ograniczonej liczby aplikacji w telefonie.
Do tego dochodzi kwestia utraty czytelników ze strony WWW i fakt, że zamieszczanie banerów reklamowych w aplikacjach nie jest takie łatwe. A poza tym dzisiaj zarówno na Androidzie, jak i na iPhone’ach można z poziomu przeglądarki dodać na ekranie głównym skrót do strony, który wygląda jak aplikacja. Mam to w swoim telefonie: piłka z logo PROBASKET, a po kliknięciu otwiera mi się przeglądarka, ale bez paska adresu. Można więc powiedzieć, że to mobilna strona WWW w formie aplikacji.
Czytelnik po czterdziestce, nie nastolatek
W jednym ze swoich wpisów pokazałeś dane, które obalają popularny mit, że portal o NBA to miejsce dla nastolatków. Najliczniejszą grupą są mężczyźni w wieku 35 do 54 lat. Byłeś tym zaskoczony, kiedy po raz pierwszy spojrzałeś na te liczby?
Ja te liczby znam i analizuję od lat, dlatego nie są one dla mnie zaskoczeniem. Myślę, że PROBASKET dorastał i dojrzewał razem ze swoimi Czytelnikami. To był i jest naturalny proces. Duża grupa fanów NBA to tak jak ja czterdziestolatkowie, którzy wychowali się na koszykówce w latach 90., a dziś wracają do dawnych pasji.
Często chcą tą pasją zarazić swoje dzieci. Widzę to sam w klubie mojej córki, która ma 12 lat i od blisko trzech trenuje kosza. Nigdy jej do tego nie namawiałem, sama kiedyś zapytała, czy mogłaby pójść na trening. Oczywiście miałem w tym duży udział, bo wielokrotnie zabierałem ją na mecze, kiedy była mała. Widziała na co dzień, czym się zajmuję, a czasem oglądała ze mną mecze w telewizji.
Rodzic ma dobre wspomnienia z NBA i to naturalne, że chce pokazać dziecku, co kiedyś było dla niego ważne, a przy okazji sam pragnie odkryć starą miłość na nowo. Mam pełną świadomość, że nastolatki inaczej konsumują treści. Myślę jednak, że to się będzie u nich zmieniać z wiekiem i za kilka lat zamiast kolejnej rolki będą chcieli przeczytać ciekawą analizę o swojej ulubionej drużynie.
Portal, który dojrzewał razem z odbiorcami
Powiedziałeś, że portal dojrzewał razem ze swoimi czytelnikami. To piękna metafora, ale też poważne wyzwanie redakcyjne. Jak dostosowujesz treści do kogoś, kto dziś ma czterdzieści kilka lat, a nie dwadzieścia, i czy w ogóle robisz to celowo?
Dla mnie to znów naturalny proces, bo mając dwadzieścia kilka lat pisałem do gazety codziennej, Dziennika Metro. Potem komentowałem mecze, pracowałem w komunikacji i public relations, więc pisanie po polsku jak do gazety, a nie na bloga przeładowanego amerykanizmami, jest dla mnie czymś oczywistym.
Mamy w redakcji zbiór zasad, staramy się poprawiać teksty innych, dawać wskazówki, jakich form używać, a jakich słów unikać. Uważam też, że w podcastach wideo czy audio trzeba przede wszystkim być sobą. Widz albo słuchacz wyczuje, kiedy ktoś udaje i nie jest naturalny.
Mnie lubią słuchać ludzie bardziej w moim wieku, bo wtrącę jakąś myśl, która jest im bliska, albo nie spłycam tematu i pokazuję różne perspektywy. Swego czasu dostaliśmy z Krzyśkiem Sendeckim wiele wiadomości, że mieliśmy duży udział w tym, że ktoś wrócił do śledzenia NBA po 20 latach. To są najmilsze sytuacje, podobnie jak wtedy, gdy ktoś nieznajomy zagada do mnie na ulicy czy na siłowni i powie miłe słowo.
Machina czasu czy zwykła rzetelność
Czujesz, że PROBASKET pełni dziś trochę funkcję machiny czasu? Jak robi się treści, które działają jednocześnie na nostalgię i na aktualność?
Przyznam szczerze, że ja tego tak nie odbieram. Jeśli tak jest, to na pewno nie jest to zamierzone działanie. Staram się tworzyć wartościowe treści, które sam chciałbym czytać. Kiedy opisuję jakieś zagadnienie, staram się je wyjaśnić. Czasem żartuję, że dłuższe teksty piszę dla siebie, żeby uporządkować wiedzę i przemyślenia.
Staram się odpowiadać na potrzeby Czytelników, bo widzę, ile jest chaosu w mediach społecznościowych. Nawet jeśli jakaś informacja zostanie tam podana, to często jest to tylko szybki news, sam tytuł, bez wyjaśnionego kontekstu czy przyczyny. A przy transferach NBA zawsze warto spojrzeć z szerszej perspektywy.
Relacjonując finały starałem się pisać o rzeczach, których nie widać gołym okiem. Statystyki można sobie porównywać, ale ważny jest tekst, przyczyna, sposób ustawienia defensywy. Przy plotkach transferowych, które kibice wraz ze mną uwielbiają, staram się opisywać, dlaczego dany zespół może chcieć konkretnego zawodnika. Dla kogoś, kto interesuje się NBA, to po prostu ciekawe.
Lojalność, która nie odpłynęła do social mediów
1,2 miliona odsłon miesięcznie to wynik, którym wiele większych redakcji mogłoby się chwalić. Przy tym 88% ruchu pochodzi z Polski. Skąd bierze się ta lojalność, która przez ćwierć wieku nie odpłynęła do mediów społecznościowych?
To prawda, że wielu fanów NBA jest z nami od lat, ale wciąż przychodzą też nowe osoby. Nie powiedziałbym, że nasi Czytelnicy nie odpłynęli do social mediów, bo przecież prawie każdy ma gdzieś jakieś konto. Chcę wierzyć, że nam ufają i uważają, że choć niby wszystko mają w mediach społecznościowych, to jednak warto wejść na PROBASKET i sprawdzić, bo i tam może być coś wartościowego.
Manifest przeciwko clickbaitowi
Piszesz o tekstach, które czyta się kilkanaście minut. W erze rolek i skrótów brzmi to niemal jak manifest. Kusiło Cię kiedyś, żeby pójść w stronę szybkich formatów i clickbaitowych tytułów?
Mam poczucie, że dobre treści się obronią i że jest dużo osób, które chcą czytać wartościowe artykuły. Trzeba tylko umieć do nich dotrzeć, a ja staram się to robić od 25 lat. Umiem pewne kwestie wytłumaczyć i napisać to poprawnie po polsku. Nie umiem za to nagrywać rolek tak, jak chciałyby tego algorytmy. Mam inny charakter i 45 lat.
Mam też poczucie, że bycie influencerem jest niezwykle obciążające psychicznie: ciągłe pokazywanie siebie, sprawdzanie reakcji ludzi, zależność od algorytmów. Ja zależę tylko od jednego algorytmu, z którym bardzo się lubimy, ale i bez niego w razie czego sobie poradzę. W mediach społecznościowych budujesz bazę odbiorców, ale tak naprawdę nie masz nad tym żadnej kontroli.
Od zawsze powtarzam, że wszystkie treści z sociali kierujemy na stronę WWW, bo chcę mieć tych ludzi u siebie, a nie w komentarzach na Facebooku. Nasz profil z 40 tysiącami prawdziwych polubień jest dziś tylko małym dodatkiem, bo jakikolwiek link tam wrzucisz, ścina ci zasięgi. Lepsze wyniki daje mi post z linkiem na kanale na WhatsAppie, gdzie mam 3200 obserwujących. To pokazuje, jak wszystko się zmienia i że nie należy się do niczego przywiązywać.
Jeśli chodzi o clickbaitowe tytuły, to z mojej perspektywy nie mają sensu, bo po pierwsze szanujemy Czytelników, a po drugie Google by nas zaraz wyjaśnił. Wykorzystuję trochę język, żeby zaciekawić i nakłonić do kliknięcia, ale algorytm Google Discover działa tak, że jeśli ktoś kliknie w newsa i zaraz go zamknie, treść jest uznawana za nieatrakcyjną. Kiedy zaś użytkownik siedzi w artykule i go czyta, Google uznaje, że warto pokazać tekst kolejnym osobom. Na tym właśnie korzysta PROBASKET.
Dziennikarstwo w czasach sztucznej inteligencji
Co PROBASKET będzie robił za kolejne 25 lat? AI generuje już relacje meczowe, agregatory zbierają statystyki szybciej niż redakcja. Gdzie w tym wszystkim jest miejsce na dziennikarza i portal z ludzką twarzą?
Nie wiem, co będzie robił za rok, a co dopiero za 25, ale przyglądam się wszystkiemu, co się dzieje. W jakiś sposób korzystam z tych narzędzi, ale widzę też ich braki i granice, których moim zdaniem nie przekroczą. AI świetnie nadaje się do zbierania informacji, bo potrafi przeszukać masę portali w kilka sekund i sprawdza się jako narzędzie spisujące wypowiedzi z nagranych wywiadów.
Mam jednak poczucie, że nigdy nie zastąpi człowieka. A nawet jeśli będzie potrafiło, to ludzie nie będą chcieli słuchać opinii awatara, tylko mieć kontakt z żywym człowiekiem, który ma duszę, swoje doświadczenia i emocje. To trochę jak ze sztuką: widzimy obraz wygenerowany przez AI i od razu mniej nam się podoba, słyszymy muzykę i kiedy okazuje się, że to algorytm, niechętnie dodajemy ją do polubionych.
Każda praca twórcza, wymagająca myślenia, analizy i ekspresji, tworzy treści, których nie da się zaprogramować. Gdy dzielimy się opinią i doświadczeniem, nie wiemy, w którą stronę pójdziemy. Raz będziemy sentymentalni, innym razem krytyczni czy kontrowersyjni. Dlatego nie wierzę, że sztuczna inteligencja zastąpi w tym obszarze człowieka. Odbiorcy będą wiedzieć, że to nie płynie z serca, tylko z algorytmu, i nie będą się z taką opinią liczyć.
Furora wokół mistrzostwa New York Knicks
Na koniec porozmawiajmy o najnowszych wydarzeniach. Dlaczego zwycięstwo New York Knicks wywołało taką furorę w USA? Wygląda na to, że w Polsce też uaktywniła się duża grupa kibiców tego klubu.
Knicks czekali na tytuł od 1973 roku. To bardzo długo. Ostatnie 30 lat, które część z nas dobrze pamięta, to historia upadków i zwrotów. Świetna ekipa grająca w finale w 1994 roku albo finaliści z 1999 roku, a potem przez wiele lat zespół nie potrafił awansować nawet do play-offów. Nowy Jork lubi myśleć o sobie jako o stolicy świata, więc wobec drużyn z tego miasta oczekiwania są ogromne.
Pamiętajmy, że w samym Nowym Jorku mieszka ponad 8,5 mln ludzi, a cała metropolia liczy w sumie prawie 20 mln mieszkańców. To największy rynek medialny w Stanach Zjednoczonych, centrum finansów, biznesu, kultury i popkultury. Los Angeles ma Hollywood, filmowców i artystów, ale Nowy Jork ma Wall Street, giełdę, siedziby wielkich firm, media, banki, modę i Broadway.
Gdy wygrywa drużyna z Nowego Jorku, nie cieszy się tylko hala. Cieszy się całe miasto, ulice, bary, redakcje, celebryci, dawni i nowi kibice, ludzie z Brooklynu, Queens, Bronksu, Manhattanu czy Long Island. Oczywiście nie każdy nowojorczyk kibicuje Knicks, bo są też Nets, Yankees, Mets, Giants, Jets, Rangers czy Islanders, ale w koszykówce Knicks mają pozycję szczególną. To klub zakorzeniony w tożsamości miasta.
W Nowym Jorku mieszka też wiele sławnych osób, a Madison Square Garden ma swój wyjątkowy klimat. Od lat na mecze Knicks przychodzą takie gwiazdy jak Spike Lee, Ben Stiller, Jerry Seinfeld, Chris Rock czy Tracy Morgan, a Timothée Chalamet jest zadeklarowanym fanem klubu od dziecka. W finałach skala była jednak inna niż zwykle, bo pojawiła się nawet Taylor Swift. Lista nazwisk celebrytów obecnych na trybunach jest bardzo długa.
O tym, jak wiele osób w Nowym Jorku kibicuje Knicks, przekonałem się, kiedy dołączył tam Jeremy Sochan. W San Antonio było kilku stałych dziennikarzy, lokalne media i grupka zapaleńców nagrywających niszowy podcast o Spurs. Tymczasem w Nowym Jorku siedziby mają największe media w USA, jest cała masa blogerów, vlogerów i podcasterów-kibiców, których zasięgi można liczyć w dziesiątkach tysięcy. Skala niewyobrażalna. Zobaczyliśmy to jeszcze mocniej po zdobyciu tytułu, kiedy zawodnicy odwiedzili chyba wszystkie programy śniadaniowe i wieczorne, których prowadzący są rozpoznawalni na całym świecie. Studia tych korporacji mieszczą się właśnie w Nowym Jorku, więc dla nich to wydarzenie lokalne, ale zasięgiem idące na cały kraj.
W Polsce jest wielu kibiców NBA z lat 90. Od kilku lat widzimy, że osoby po 40. czy nawet 50. roku życia wracają do dawnych zajawek, a jedną z nich jest właśnie NBA. Dorastaliśmy, wpatrując się w Michaela Jordana, ale pamiętamy walecznych Knicks i mamy do nich sentyment, a dla niektórych byli wtedy wyborem numer jeden. Poza tym styl, w jakim Knicks przeszli przez te play-offy, na długo zapadnie w pamięć. A obecność w składzie Jeremiego Sochana sprawiła, że wiele osób życzyło tej drużynie mistrzostwa.
Co tytuł oznacza dla biznesu NBA
Jaki wpływ będzie miało mistrzostwo Knicks na całą NBA w perspektywie biznesowej?
Mistrzostwo Knicks to idealna sytuacja dla Nowego Jorku i dla NBA, ale pamiętajmy, że liga radziła sobie znakomicie również bez nowojorczyków. Na pewno przyniesie to pozytywny efekt dla samego klubu, a to przełoży się na całą NBA. Liga jest jednak projektem bardzo stabilnym, z wieloletnimi umowami, dlatego nie spodziewałbym się nagłych, niesamowitych kontraktów sponsorskich.
Jeszcze w trakcie finałów telewizja ABC chwaliła się rekordową oglądalnością, a akcje z parkietu miały w mediach społecznościowych astronomiczne zasięgi. To plus, który NBA oczywiście wykorzysta, ale liga ma swoją bezpieczną, długofalową strategię i znakomicie ją realizuje.
Jeremy Sochan, pierwszy polski mistrz NBA
Jaki udział w tym zwycięstwie miał Jeremy Sochan?
Jeremy dołączył do drużyny w trakcie sezonu i trudno mu było przebić się do podstawowej rotacji. Był jednak częścią zespołu i kiedy dostawał szansę, to ją wykorzystywał. Przed finałami podpowiadał sztabowi Knicks, jak grać przeciwko Spurs i Victorowi Wembanyamie. W trakcie serii siedział najbliżej trenerów, a nie na końcu ławki, i widać było, jak wielokrotnie podchodzi do nich, coś tłumaczy i pokazuje.
Trener Mike Brown ufał mu na tyle, że w ostatnim meczu, w decydującej akcji, to właśnie Sochan wyszedł kryć Wembanyamę. To bardzo symboliczne. Do tego dochodzi fakt, że Knicks zdobyli tytuł w San Antonio, czyli mieście, gdzie Jeremy spędził pierwsze ponad trzy lata kariery. Po zmianie trenera zdał sobie sprawę, że jego miejsce jest gdzie indziej. Ktoś może powiedzieć, że stracił ten sezon, ale on zdobył niesamowite doświadczenie. Nawet trenując i obserwując wszystko z bliska, w starszej drużynie o innej dynamice, zbiera się kapitał, który potem zaprocentuje.
Czy wraz z tytułem rośnie wartość marketingowa Sochana i czy zawodnik planuje go jakoś wykorzystać?
Mistrzostwo NBA podnosi wartość marketingową każdego koszykarza. Dla Jeremiego najważniejsze jest, aby grał regularnie i przebijał się do świadomości kibiców przez cały sezon. Jest pierwszym polskim zawodnikiem, który zdobył mistrzostwo NBA, a to naprawdę wielka sprawa. Sponsorzy kochają takie historie, bo jego droga jest świetna do opowiedzenia, a jak dodamy do tego osobowość i charyzmę, którą uwielbiają zwłaszcza młodzi ludzie, to mamy Polaka odnoszącego sukcesy w drugiej najpopularniejszej dyscyplinie na świecie.
Nieszablonowy sposób opowiedzenia tej historii to gotowy przepis na kampanię reklamową i idealny pretekst dla marek do zbudowania ciekawej narracji. Jeremy Sochan ma 23 lata, ale nie jest już tylko młodym Polakiem w NBA. Jest mistrzem, który idzie po swoje, bo wie, że jego miejsce jest w najlepszej lidze świata.



