Podstawowy błąd początkujących dziennikarzy sportowych

Każdego miesiąca otrzymuję prośby o ocenę artykułów oraz zapytania jak dostać pracę w redakcji sportowej. Wiem też, że popularni dziennikarze sportowi takich zapytań otrzymują jeszcze więcej. Zazwyczaj moja odpowiedź jest zawsze taka sama: „Chcesz uniknąć rozczarowań? To rusz się z domu i porzuć pisanie sprzed monitora”.
Recepta wydaje się banalna, a jednak są osoby, które pozostają przy swojej drodze. Nie różni się ona wiele od pracy Syzyfa. Przyjrzyjmy się jej zatem z bliska na najbardziej wyrazistym i popularnym moim zdaniem przykładzie – młodego, początkującego dziennikarza, który uwielbia piłkę nożną.
No to zaczynamy. ;-)
„Kocham sport, będę dziennikarzem”
Marzenie o zostaniu dziennikarzem sportowym pojawia się w gimnazjum, szkole średniej, czasem w pierwszych latach studiowania.
Myślenie wtedy wygląda tak:
Lubię sport, dużo go oglądam. Wydaje mi się, że całkiem nieźle się na nim znam, a dziennikarze to mają super życie. Oglądają dużo sportowych wydarzeń i jeszcze ktoś im za to płaci. Przecież to idealna praca dla mnie.
Zaczynam analizować popularne portale i serwisy sportowe. Pani od polskiego lubiła czytać moje rozprawki, przecież spokojnie mogę tworzyć podobnej jakości treści. Zaczynam działać. News o transferze Cristiano Ronaldo, relacja z meczu Chelsea – Manchester United, felieton na temat tego, kto powinien zostać trenerem reprezentacji Polski. Nieźle, prawda?
Klawiatura, Google Translate i telewizor – najważniejsze narzędzia pracy
Znajduję serwis internetowy, który zgadza się publikować moje artykuły. Mieszkam w okolicy, gdzie gra zespół pierwszoligowy, ale tak naprawdę liczy się dla mnie tylko liga angielska, hiszpańska i może trochę włoska. To te spotkania najczęściej oglądam, więc dlaczego mam pisać o lokalnych zawodnikach kopiących się po czołach?
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował. Podziel się swoją opinią.



