5 patologii indywidualnych lekcji pływania w Polsce. Szara strefa na basenach kwitnie

Nasz poprzedni tekst o zarobkach instruktorów pływania na lekcjach indywidualnych wywołał na pływackich grupach na Facebooku gorącą dyskusję. Pod komentarzami padały zarzuty o brak rzetelności, ale też mocne głosy z wewnątrz branży, które potwierdziły jedno: szara strefa indywidualnych lekcji pływania w Polsce jest większa, niż myślimy. Zebraliśmy pięć patologii, które na co dzień psują rynek szkółek pływackich w naszym kraju
TLDR? ;-) W tym artykule przeczytasz o:
- Sposobach, w jakie „dzicy” trenerzy wchodzą na basen bez opłacenia toru.
- Lekcjach indywidualnych rozliczanych w gotówce, bez VAT i bez ZUS.
- Wykorzystywaniu kart sportowych typu Multisport jako furtki do prowadzenia płatnych zajęć.
Patologia pierwsza: lekcje bez wynajmu toru
Każdy regulamin pływalni w Polsce zabrania prowadzenia płatnych lekcji bez opłacenia toru lub biletu instruktorskiego. W praktyce ten zapis to fikcja. Wystarczy wejść w sobotni poranek na dowolny większy basen w Polsce, żeby zobaczyć kilkunastu instruktorów uczących prywatnie bez żadnej opłaty obiektowej.
„W Poznaniu większość trenerów prowadzi zajęcia indywidualne trochę na dziko. Po prostu wchodzi na basen bez rezerwacji toru, która jest zbyt droga. Nikt z obsługi nie zwróci na to uwagi, bo nikt nie chce afer i awantur, które odstraszają innych użytkowników basenu”, mówi PracaSport.pl anonimowo jedna z osób uczęszczających na zajęcia indywidualne w stolicy Wielkopolski.
Skala procederu jest spora. W Bydgoszczy, gdzie obiekty nie sprzedają biletów instruktorskich, wynajem toru kosztuje od 100 do 150 zł za 45 minut. Indywidualna lekcja u „dzikiego” trenera kosztuje podobne pieniądze, więc po opłaceniu toru zostałoby mu kilka złotych. Łatwiej wejść na zwykły bilet i poprowadzić zajęcia po cichu.
Tracą na tym wszyscy uczciwi. Szkółki pływackie, które płacą za tor, ratownika i ubezpieczenie. Pływalnie, które ponoszą koszt utrzymania obiektu. Wreszcie sami klienci, dla których przy zatłoczonym torze coraz trudniej o miejsce.
Patologia druga: gotówka do kieszeni bez rachunku
To właśnie ten punkt wywołał największą burzę pod naszym poprzednim artykułem. Część instruktorów pisała, że kwota 150 zł za godzinę indywidualną brzmi nierealnie. Problem polega na tym, że ona istnieje, tylko najczęściej w obrocie gotówkowym, bez paragonu, bez VAT i bez odprowadzonego ZUS-u.
W komentarzach kilkoro Czytelników słusznie przypomniało, że nauka pływania od kilku lat nie jest już zwolniona z VAT. Stawka 23% obowiązuje, więc każda uczciwie wystawiona faktura za lekcję indywidualną ten składnik zawiera. W rzeczywistości spora część rynku go nie odprowadza.
Skutki są bolesne dla całej branży. Szkółki pływackie prowadzące działalność legalnie muszą doliczać podatki, ZUS i koszty obsługi księgowej. Trener „z polecenia” rozliczający się gotówką potrafi zaoferować cenę o 30, czasem 40% niższą i wciąż wyjść na swoje. Klient idzie tam, gdzie taniej, a uczciwa konkurencja przegrywa cenowo z szarą strefą.
Patologia trzecia: karty sportowe jako furtka
Tę historię dostaliśmy w prywatnej wiadomości od jednej z naszych Czytelniczek związanej z bydgoską branżą pływacką. Pokazuje, jak pomysłowo niektórzy obchodzą zarówno regulaminy basenów, jak i zasady operatorów kart sportowych.
„Jest osoba X, która potrafi prowadzić minimum 10 lekcji indywidualnych od piątku do niedzieli bez wynajmowania toru, za każdym razem wchodząc na basen na kartę Multisport, ale w kasie mówiąc, że idzie na siłownię, więc nie ma limitu wejścia. Gdyby powiedziała prawdę, że idzie na basen, miałaby tylko 75 minut. Osoba ta zaprzyjaźniła się z ratownikami, osoby z kasy nie są w stanie jej sprawdzić, a osoby zarządzające obiektem mają związane ręce, bo wspomniana osoba wchodzi do wody z podopiecznym, nie widać, by pobierała opłatę, więc nie mają podstaw, by ją wyrzucić”.
Mechanizm jest banalnie prosty. Trener wchodzi na obiekt na kartę sportową przeznaczoną na strefę fitness, a faktycznie spędza czas na płatnej lekcji w wodzie. W całym układzie zarabia tylko on: bierze 150 zł od klienta, klient płaci za swój własny wstęp, a karta sportowa pokrywa „siłownię”, której nikt nie używa.
W tle zostaje pływalnia, która ma związane ręce. Bez naocznego dowodu pobrania opłaty zarządcy obiektu nie mogą wyrzucić takiej osoby. Tracą też operatorzy kart sportowych, dla których takie zachowanie jest klasycznym nadużyciem zapisów umowy.
Patologia czwarta: podkradanie klientów szkółce, w której się pracowało
To zjawisko stare jak sama branża usług, ale w przypadku szkółek pływackich szczególnie bolesne. Instruktor zatrudniony w szkole pływania poznaje grupę rodziców i dzieci, buduje z nimi relację przez kilka miesięcy, a potem proponuje „przejście na własne”, oczywiście w niższej cenie.
„Jest kilka przykładów osób z Bydgoszczy, które robiły podobnie, ale w mniejszej skali. Niektórzy prowadzili lekcje dla szkółki Y, a później umawiali się z klientem poza wiedzą tej szkółki, sprawiając wrażenie na basenie, że dalej działają dla szkółki Y. Nikt nie zwraca na nich uwagi, a właściciel szkółki ma zbyt wiele zajęć w jednym terminie, żeby móc pojawiać się na obiektach i kontrolować”, opisuje nasza Czytelniczka.
Skala zjawiska bywa różna. Jedni instruktorzy zabierają dwóch, trzech klientów i nie wpływa to na funkcjonowanie szkółki. Inni wynoszą całe grupy, czasem kilkanaście osób, co dla małej firmy oznacza utratę nawet 30 do 50% miesięcznych przychodów. Z punktu widzenia prawa to często naruszenie zakazu konkurencji oraz tajemnicy przedsiębiorstwa.
Problem polega na tym, że właściciele szkółek rzadko idą z takimi sprawami do sądu. Postępowanie cywilne trwa miesiącami, kosztuje, a na końcu i tak trudno udowodnić, że klient zniknął właśnie z powodu byłego trenera. Rynek wie i milczy.
Patologia piąta: lekcje bez OC, bez kwalifikacji i bez odpowiedzialności
Indywidualne lekcje pływania prowadzone „po znajomości” mają jeszcze jeden poważny problem. Często odbywają się bez ważnego ubezpieczenia OC instruktora, bez aktualnej polisy NNW dla podopiecznego, a czasem nawet bez papierów potwierdzających kwalifikacje zawodowe.
W szkółkach pływackich te dokumenty są standardem. Liczący się ośrodek nie zatrudni trenera bez kursu instruktora pływania, badań lekarskich, szkolenia z pierwszej pomocy i polisy OC. Klient szkółki ma więc pewność, że jeśli coś pójdzie nie tak, jest komu zgłosić szkodę. Klient „dzikiego” instruktora takiej pewności nie ma.
Najgorsze sytuacje zdarzają się przy nauce dzieci. Rodzic płaci 150 zł za lekcję komuś, kogo poleciła znajoma. W razie wypadku nie ma żadnej drogi cywilnego dochodzenia roszczeń, bo druga strona nie prowadzi działalności, nie ma OC, a sama transakcja oficjalnie nigdy się nie odbyła. To największa cena patologii, której nikt nie chce policzyć, dopóki nie dojdzie do dramatu.
Komentarz redakcji
Pięć patologii, które opisaliśmy, to nie są pojedyncze historie z jednego miasta. To powszechny mechanizm, który stworzył w Polsce równoległy rynek nauki pływania działający obok legalnych szkółek. Skutki ponoszą wszyscy: właściciele firm szkoleniowych przegrywający cenowo, pływalnie tracące przychód z biletów instruktorskich, operatorzy kart sportowych i wreszcie sam Skarb Państwa.
Paradoks polega na tym, że im większy popyt na indywidualne lekcje pływania, tym większa szara strefa. Liczba dzieci uczących się pływać w Polsce rośnie z roku na rok, podobnie jak liczba prywatnych szkółek. Bez systemowych zmian, takich jak obowiązkowe bilety instruktorskie na pływalniach miejskich, wymóg okazania umowy z pływalnią przy wejściu na lekcję czy ściślejsza kontrola wykorzystania kart sportowych, sytuacja będzie się tylko pogłębiać.
Najwięcej do zrobienia mają jednak sami zarządcy obiektów. Bez ich zaangażowania żadna kontrola nie zadziała. Pytanie tylko, czy w czasach, gdy każdy rezerwujący tor klient jest na wagę złota, ktoś zechce ryzykować awanturę z trenerem, który „od lat tu przychodzi” i zna pół ratowniczej zmiany.
Warto też podkreślić, że jest wielu trenerów pływania, którzy uczą indywidualnie i nie są częścią powyższej patologii, po prostu rzetelnie i uczciwie prowadzą swoją działalność.
Zdjęcie: Thomas Park / Unsplash



